44europa

piątek, 5 sierpnia 2016

Mój pierwszy raz z Ukrainą

Oczywiście te kilka słów to wyłącznie moje odczucia, ale było to tak...
Jadę z 7-latką z Przemyśla pod samą granicę w Medyce. Wysiadam. Widzę początek pieszego przejścia, czyli sznur siatki prowadzący nie do końca wiadomo gdzie. Wokół nieco brudno i gwarno, język który znam miesza się z tym którego kompletnie nie rozumiem. Przynajmniej dziś tu i teraz. No dobrze zaryzykujmy i chćmy dalej. Idziemy i idziemy, a końca siatki nie widać. Nareszcie jest. Pierwsza odprawa, chwilę potem druga ukraińska. Pytają dokąd Pani idzie, myślę że pewnie dlatego bo idę z dzieckiem, nie da się ukryć. Odpowiadam, że do Lwowa. Nocleg ma? Kiedy wraca? Odpowiadam na kolejne pytania i przechodzimy, a w sumie to przenosimy się jakieś 35 lat w czasie. Brudno, szaro, każdy nawołuje by pojechać z nim, wygodnie. Jednak twardo ruszamy dalej, miała być marszrutka to będzie. Kawałek dalej za rogiem po lewej widzę nasz upragniony żółty busik, ledwo co trzyma się kupy, ale nikt na to nie zwraca uwagi. W budce każą kupić bilety. Okazuje się, że ta trasa ponad 60 km kosztuje 6 zł na osobę. Niezwykłe, tak jak i nasza przygoda. Klekoczemy się tym żółtym wiatrem 2,5h czyli ciut ponad 60 km do upragnionego Lwowa po wioskach i drogach wołających o pomoc. Jednak klimat, ludzie uśmiechnięci od ucha do ucha mim iż stoją jak szprotki, a nadkola busa chyba trą po oonach i tak ładują energię. Wyzywająca podróż, ale tylko takie zbliżają do ludzi i do ich prawdziwej codzienności.
CDN

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz