Manu_Arktyka

niedziela, 21 lipca 2019

Dotknąć Arktyki (Svalbard, Spitsbergen)

Sobota rano 5:40. Czekamy na pociąg, który zaraz zabierze nas do Gdańska. To będzie tylko przystanek na naszej trasie, ale już jestem podekscytowana, że wyruszam przed siebie, gdzieś w nieznane.
W Gdańsku było jak zawsze, fajnie, ciepło i wesoło. Dużo się działo. Trafiłyśmy na święto Marynarki Wojennej Rzeczypospolitej Polskiej, odwiedziłyśmy Gdyńskie Akwarium i zakończenie pokazów we FlyBordzie. Wszystko piękne, ale nastał moment, gdy trzeba było spakować manatki i ruszyć dalej na północ. Rano wymeldowałyśmy się z hostelu i podreptałyśmy na przystanek autobusowy. Chwilę potem autobus zabrał nas na krajoznawczą wycieczkę w kierunku lotniska. Spakowałyśmy nasze plecaki po raz pierwszy w torby ochronne, poszłyśmy sprawdzić czy waga jest poniżej limitu i odprawiłyśmy się. Nadałyśmy bagaż i przeszłyśmy kontrolę bezpieczeństwa. To wszystko trwa tak długo, że nie wiadomo kiedy, a już pakowałyśmy się na pokład naszego airbusa do Oslo. Chwilę potem start, a nieco ponad godzinkę później - lądowanie. Z lotniska do hotelu miałyśmy dwa przystanki lotniskowym autobusem transferowym. Na szczęście Asia jeździ nim za darmo, więc jeszcze jakoś się to kalkuluje. Noc w hotelu minęła szybko i wygodnie. Rano śniadanie, pakowanie kilku wcześniej wyciągniętych drobiazgów i ponownie w drogę. Autobus transferowy, odprawa, nadanie bagażu, kontrola bezpieczeństwa... oraz tym razem kontrola paszportów... bo wylatujemy poza Unię Europejską. Pan w okienku potwierdza "Svalbard... ochocho". To chyba znaczy, że nie często latają tam matki z dziećmi na wakacje. Chwila oczekiwania. Ostatnia toaleta, bo w końcu lot potrwa 3 godziny i nareszcie wsiadamy do samolotu. Start, piękne widoki. Drzemka. Przebudziłam się nad Lofotami. Z góry pilot potwierdza, co podziwiamy. Jest już cudnie. Przechodzą ciary, a będzie jeszcze lepiej.
Zaczynamy lądować. Nie mogę się doczekać i jednocześnie mam obawy. To dość "egzotyczny" kierunek, ale jak my nie damy rady, to kto da. Jesteśmy już na ziemi. wychodzimy z samolotu na płytę lotniska. Dotykam stopami mojej wymarzonej Arktyki. Wcale nie jest tak zimno jak by się mogło wydawać.


Jesteśmy już w hali przylotów. Czekamy na bagaż. Ja już widzę te widoki od których oczu nie można oderwać. Pytam kogoś z tabliczką, gdzie jest camping, pokazuje mi sprawnie, że tam na dole i że jak tylko wyjdę, to na pewno go zobaczę. Dziękuję i się uśmiecham. Są i bagaże. Rozpakowujemy je z ochronnych toreb. Plecak montujemy na wózku, drugi na plecy i ruszamy. Jeszcze zza szyby w hali przylotów widzimy sławny lotniskowy drogowskaz, więc chwilę później ustawiamy się przy nim do zdjęcia. Schodzimy nieco w dół i faktycznie zauważamy camping. Nie da się go nie zauważyć, bo na tle błękitno - biało - szaro - zielonkawego krajobrazu widać pomarańczowe, niebieskie lub zielone małe namiociki. Powoli schodzimy w dół po "rurowym trakcie". Tak go nazywam, bo to jedyna ścieżka, na której nie ma wody. Jest tam zakopana rura i zrobiony nasyp. Z tego powodu, że jest wyżej, zawsze jest suchy. Zrzucamy plecaki i wchodzimy do budynku. Wita nas Martyna. Polka, która razem ze swoim chłopakiem Petterem obsługuje w tym sezonie tutejszy camping. Świetna dziewczyna, o czym przekonujemy się zarówno przed jak i w trakcie pobytu. Bardzo pomocna i otwarta na ludzi. Niezwykle spokojna i opanowana. Melduje nas i przekazuje nasze maty. Śpiwory czekają już w namiocie. Mamy namiot numer 7. Lubimy ten numer. Podobno przynosi szczęście. Chyba tak właśnie jest, bo tego samego dnia obok naszego namiotu spaceruje renifer, a chwilę później widzimy po raz pierwszy w życiu na żywo lisa polarnego. Za budynkiem campingu jest ptasia laguna i niezwykłe widoki. Trafiłyśmy do raju. Naszego raju oczywiście, bo nie wszystkim taka rzeczywistość może odpowiadać.
Jest 23:30. Słońce świeci w najlepsze i nie wiem czy uda nam się dziś zasnąć...
Moja Arktyka ♥♥♥


1 komentarz: